"Przyjemność"
Z Piotrem Woźniakiem - poetą i kompozytorem
rozmawia Jarek Wasik.

Wspominasz czasami swój udział w musicalu "Metro"?
Rzadko wracam pamięcią do tego okresu, bo niewiele się tam w sumie wydarzyło, oprócz tego, że spotkałem fantastycznych ludzi, od których wiele się nauczyłem.
To był rok...
To było 10 lat temu.
Poznałeś Edytę Górniak?
O, tak i jeszcze Kasię Groniec. I miałem przyjemność występować razem z nimi. To było świetne przeżycie, zwłaszcza dla takiego dzieciaka, jakim wtedy byłem. Skończyłem właśnie szkołę muzyczną i kompletnie nie wiedziałem, co mam robić w życiu.
 Miałeś swój zespół?
Nie. Zamykałem się u brata w pokoju i brzdąkałem na gitarze. Nikt tego nie recenzował. Właściwie był to dla mnie sukces, że mimo iż nigdzie dotychczas nie występowałem dostałem się do musicalu.
 Na pewno wcześniej nie wystąpiłeś jako dziecko?
Nawet nie wystąpiłem. Nagrałem piosenkę.
Pamiętasz to?
To było na Myśliwieckiej w Warszawie, i tam było boisko, i pamiętam, że faceci grali w piłkę. To tyle, co pamiętam.
Miałeś wtedy 6 lat?
Nie. Ostateczna wersja brzmi, że miałem 9 lat. I tu niektórzy mogą się zdziwić, bo brzmię wyjątkowo młodo. Pamiętam ten moment. To była chwilka, zaraz miałem inne sprawy na głowie.
 Kto napisał "Jak dobrze być poziomką"?
To piosenka Tadeusza Woźniaka i Bohdana Chorążuka z musicalu "Muminki", który dla wielu ludzi jest "kultowy". Był grany, o ile pamiętam w paru teatrach, a potem  ukazała się czarna płyta, bardzo ciekawa ze względu na rewelacyjne role, miedzy innymi Gustawa Holoubka i Ryszardy Hanin.
Wielu znanych ludzi przychodziło do ojca?
Tak, w związku z tym mam pewien problem z głowy. Ja nigdy nie  patrzyłem z szeroko otwartymi, błyszczącymi oczami na gwiazdy.
Mówiłeś do kogoś znanego "wujku"?
Nie było tego w zwyczaju, a poza tym ci ludzie byli naprawdę bardzo zwyczajni. To byli po prostu koledzy z pracy mojego taty. Ominął mnie za to taki syndrom, że człowiek, który pojawia się w telewizji jest kimś wyjątkowym. Dla mnie nie było nigdy tego problemu, choćby dlatego, że mój ojciec tam się pojawiał.
 Jak zacząłeś współpracę z Marylą Rodowicz?
Zanim stworzyłem swój pierwszy recital, robiłem wiele rzeczy, między innymi śpiewałem w chórkach towarzyszących. Juliusz Loranc przygotowywał zespół wokalny dla Maryli na płytę  "Marysia biesiadna". Zaśpiewałem tam. Pracę nad tą płyta traktuję jako kolejny etap w szkole profesjonalizmu.
I mimo, że dobrze ci się wiodło, i dobrze zarabiałeś, postanowiłeś odejść?
 Tak już ze mną jest. Ja w robocie zostaję mniej więcej półtora roku. (śmiech)
Od Rodowicz się raczej nie odchodzi...
Ludzie rzadko odchodzą, bo to jest dobra praca.
 A ty odszedłeś, bo uznałeś, że twoje piosenki są ważniejsze?
Było takie spotkanie znajomych śpiewających, o których mogę powiedzieć, że byli dla mnie autorytetami i musiałem wtedy zdecydować, co jest dla mnie ważniejsze.
 Zdecydowałeś i...
Od tego czasu stworzyłem dwa programy koncertowe, startowałem w rozmaitych konkursach z różnym skutkiem, niektóre festiwale wspominam lepiej, inne gorzej.
Mimo, że na tych festiwalach nie odniosłeś spektakularnych sukcesów, cały czas grasz i żyjesz ze śpiewania, jesteś zapraszany częściej niż niejeden laureat.
Może nie jest aż tak. Ja mam taką teorię, że jeśli człowiek jest chwilowo lansowany, a jednocześnie intensywnie nie  pracuje, to jego gwiazda gaśnie. Lepiej pozostawać w cieniu i robić swoje. Często się na tym lepiej wychodzi. Może to dobrze, że nie odniosłem wielkich sukcesów, bo jestem ciągle świeżą twarzą, nikomu nieznaną.
 Jak nieznaną, jeśli grasz koncerty w różnych miastach i miasteczkach, tam wiszą twoje plakaty?
No gram! Ludzie potrzebują tego. Na szczęście są tacy organizatorzy imprez w Polsce, którzy wbrew wszelkim tendencjom potrafią wyrabiać  publiczność.
Grasz jeszcze w Teatrze Rampa?
Trzeba rozwiać kilka nieporozumień, bo ten teatr kojarzy się z Andrzejem Strzeleckim, a my w gronie rodzinnym zrobiliśmy swój spektakl pt.: "Del'Amore". Przed laty do dość  śmiałych erotyków Emila Zegadłowicza z tomu "Wrzosy" Tadeusz Woźniak skomponował muzykę i na bazie tych piosenek powstało nasze przedstawienie. Wystąpili w nim: Jola Majchrzak - żona ojca, jej brat Krzysztof Majchrzak - aktor (który tym razem grał na fortepianie, reżyserował i aranżował ze mną utwory), poza tym Mariusz - syn Joli i ja.
Co cię najbardziej wkurza?
Niemoc. Moja i innych ludzi.
Interesujesz się polityką?
 Nie interesuję się polityką w ogóle, dlatego, że jest to dla mnie działalność mało etyczna.
A czym się interesujesz?
Przyjemnością. Próbuję czerpać przyjemność z życia. Interesuję się bardzo świętym spokojem od czasu do czasu i muzyką, zwłaszcza ostatnio.