"SKRZYNKA WARSZAWSKA"
z Katarzyną Skrzynecką rozmawia Jarek Wasik

Kim jesteś?
Skrzynką pełną niespodzianek. Mam nadzieję, że najpogodniejszą skrzynią na świecie.
A kiedy pytają dziennikarze, to mówisz...
To cierpliwie przez jak dotąd 11 lat mojej pracy odpowiadam wciąż tak samo, że jestem i aktorką i muzykiem w tym samym stopniu i staram się godzić te dwie profesje.
 Chodziłaś do jakiejś szkoły?
Do jakiejś chodziłam...(śmiech)  Skończyłam warszawską Szkołę Teatralną i wydział wokalistyki i fortepianu Szkoły Muzycznej II stopnia.
Grasz, piszesz, komponujesz. Może malujesz?
W  szkole podstawowej malowałam konie, które były wtedy moją pasją. Potem szkicowałam portrety moich przyjaciół, ale ta pasja nie trwała długo. Malowanie przypisałabym raczej do dzieciństwa.
 A jak byłaś mała Kasią, to lubiłaś występować przy gościach?
Nie. Oczywiście nigdy mi nie kazali. Ja byłam dzieckiem energicznym, którego wszędzie było pełno, miałam na co dzień mnóstwo pomysłów, a poza tym występowałam poza domem w różnych miejscach. Jak się mówi, że jakiś gatunek zwierzęcia występuje na świecie, tak ja ciągle występowałam, zdarzało się być może i przy gościach, ale czasem na drzewie występowałam, bo łaziłam po drzewach.
 A talenty są po mamie czy po tacie?
Moi rodzice nie uprawiają artystycznych zawodów. Tata jest inżynierem, a mama technikiem dentystycznym, aczkolwiek zawsze twierdziłam, że mama jest artystką, bo często robiła dla ludzi zęby bardzo dokładnie, po nocach, perfekcyjnie i ze sztuką.
Rozwiejmy wszelkie wątpliwości. Piotr Skrzynecki nigdy nie był twoja rodziną.
Nigdy nie był, to zbieżność nazwisk, natomiast mogę powiedzieć, że znaliśmy się i lubiliśmy.. Ja jestem skrzynką warszawską.
Piotr zaprosił Cię kiedyś do Piwnicy pod Baranami. Pamiętasz to?
Oczywiście! Grałam jakiś koncert w Krakowie, chyba w Teatrze Słowackiego. Tuż przed przyszedł jakiś pan z polecenia Piotra i w jego imieniu zaprosił nas do kabaretu, gdy tylko skończymy. Miałam więc okazję zaśpiewać na scenie Piwnicy dwie piosenki, a Piotr zapowiedział mnie w ten sposób: a teraz wystąpi moja mała kuzyneczka z Warszawy.
 Opole i wygrane "Debiuty" były dla Ciebie czymś ważnym?
To była pierwsza, dobra nadzieja. Ważne było, że ktoś mnie docenił. Byłam wtedy młoda, miałam 19 lat i odczułam to jak podanie ręki, a wiadomo, jak ważne dla wszystkich młodych ludzi są takie gesty.
Nie wszyscy wiedzą, że posługujesz się biegle językiem francuskim. Stąd zainteresowanie francuską piosenką i główne nagrody na festiwalach?
Skończyłam liceum z francuskim jako  wykładowym, ale z miłości do piosenek znad Sekwany pozostał jedynie sentyment.
Ale z Paryżem masz kontakt?
Bardzo często wyjeżdżam do Francji z przyczyn "frankolubnych". Mam sporo przyjaciół w Paryżu, którzy odwiedzają mnie również w Polsce - Polaków, Francuzów i Szwajcarów mieszkających tam na stałe.
Co się robi w tym mieście poza odwiedzaniem przyjaciół?
Łazi się. Łazi, łazi i łazi. Kiedyś myślałam, że powiedzenie:  "zobaczyć Paryż i umrzeć" jest snobistyczne, ale dopiero jak się tam znalazłam, zrozumiałam, że to miasto ma jedyny i niepowtarzalny klimat. Ja mam wiele sympatii dla Francji, uważam, że to piękny kraj, dlatego zamierzam kiedyś  wsiąść w auto i spokojnie zwiedzić całe południe.
W Paryżu poruszasz się metrem?
Są tam takie pory dnia, że samochodem nie da się poruszać, nie mówiąc o parkowaniu, dlatego wsiadam do metra i jeżdżę w różne miejsca, które lubię, po to, żeby tam sobie łazić i się gapić.
 Jak to się stało, że wsiadłaś do metra z napisem "Józefowicz"?
Wsiadłam na jego serdeczne zaproszenie. Byłam jeszcze na studiach, gdy zadzwonił do mnie, bo szykował drugą obsadę w związku z wyjazdem na Brodway. Po przesłuchaniu mnie przez Janusza Stokłosę stwierdzono, że się nadawam (nie wiem nawet, kogo w tej chwili cytuję) i od tego momentu miałam 8 dni na przygotowanie roli. Pierwszy spektakl zagrałam z ogromną tremą, a moim aniołem stróżem okazała się Kasia Groniec, która przy pomocy szelek w moich ogrodniczkach, kierowała mnie szarpiąc lub ciągnąc w odpowiednie miejsce na scenie lub do odpowiedniej kulisy. Tak oto we dwie przeżyłyśmy mój debiut w "Metrze".
 Ile zagrałaś spektakli?
Kilkaset. Potem już nie było czasu, bo zaczęła się moja przygoda z Teatrem Powszechnym.
A propos! Jak się gra w takim teatrze jak Powszechny, gdzie właściwie wszyscy aktorzy są znani z telewizji?
Hm. Gra się na pewno przy pełnej i serdecznej widowni. Myślę, że polityka, jaką prowadzi dyrektor Krzysztof Rudziński jest bardzo mądra, bo mimo karkołomnych czasami zabiegów koordynacyjnych, jego aktorzy mogą grać w filmie czy telewizji. Działa to pozytywnie w dwie strony, bo aktorzy nie tracą życiowych szans, a potem ich popularność przyciąga widzów do teatru. Do Powszechnego chodzi się na aktorów. Granie w tym teatrze jest moim zawodowym sukcesem i zaszczytem.
Gdybyś miała wybrać Twój najbardziej ulubiony film w którym zagrałaś...
Ciężko powiedzieć. Chyba "Podróż na wschód" Stefana Hazbijewicza w którym zagrałam z Andrzejem Sewerynem, pewnie dlatego, że było to kino magiczne, nieprzeciętne i niekonwencjonalne. W czasie, gdy w kinie królowały "Psy", myśmy zrobili film o grze snów i balansowaniu pomiędzy rzeczywistością a tym, co nierealne. "Podróż na wschód" zmieniła wiele w moim  życiu, choćby w sferach filozoficznych, mogę spokojnie powiedzieć, że od tego czasu czyli 1993 r. jestem trochę inna osobą.
Łatwiej się żyje, gdy jest się ładnym?
 Być może tak. Ja bym to ujęła inaczej, może nie tyle ładnym, co ciekawym.
Hm. Boże! To pytanie wymaga odpowiedzi w paru płaszczyznach. Nie dzielę ludzi na ładnych i nieładnych, tylko na ciekawych i nieciekawych, pasjonujących i  bezpłciowych, natomiast są tacy, którzy oceniają człowieka po urodzie. Oczywiście idealnie jest, gdy ktoś jest zadbany, powiedziałabym - o konkretnym wejrzeniu. Ważny jest też magnetyzm! Jeśli z kimś rozmawiam i widzę niekontaktowe oczy ryby, które nic nie wyrażają...
Które są ładne...
Choćby ładne, to rzeczywiście nie jestem w stanie z taką osobą ani zbyt długo rozmawiać, ani przebywać. Znam ludzi, którzy wyglądają powiedzmy przeciętnie, ale mają "to  coś" w oczach, w sobie, co nie pozwala przejść obok nich obojętnie. Trzeba się wciągnąć!
Bycie ładnym, to broń obosieczna, bo można usłyszeć od mężczyzny, że jest się bardzo piękną kobietą, więc pewnie nie umie się kochać, bo wszystko przychodzi zbyt łatwo i można mieć każdego. Tak samo przecież mówi się o przystojnych facetach, że jeśli przystojny, to na pewno bawidamek i kasanowa.
Powiedział Ci ktoś, że jesteś brzydka?
Nie. To znaczy usłyszałam  kiedyś, że jestem strasznie brzydka, jak się złoszczę, ale to było powiedziane w konkretnym celu.
Kobiety mówią Ci komplementy?
Czasami tak. To jest bardzo miłe. Ja akurat też mam ten zwyczaj. Komplementy, które mówią kobiety  kobietom są bardzo cenne.
Powiedziałaś mi kiedyś, że w polskim kinie ładnym aktorom nie daje się "przeżywać".
To prawda. Pewnie nie tylko w polskim, aczkolwiek mam wrażenie, że u nas te szufladki są bardziej  zardzewiałe. Rzeczywiście, jeśli rola jest psychologiczna i zagmatwana, to obsadza się tzw. aktorów charakterystycznych, bo panuje przekonanie, że widz ładnemu aktorowi nie uwierzy.
Twoja nowa płyta będzie ładna? Opowiedz o niej.
Mam nadzieje, że będzie miłą niespodzianka i wiele osób zaskoczę. Producentami zostali Jacek Piskorz i Paweł Dampc, proponując dynamikę i nowoczesne brzmienia. Na okładce napisałam: "niech ta płyta obudzi różne odcienie waszych  uczuć, pozytywne energie, refleksję w biegu i powab w tańcu" i dałam jej tytuł "Kameleo".
Czy premiera płyty oznacza, że Skrzyneckiej będzie jeszcze więcej w mediach?
Ja się do mediów nie pcham. Był taki artykuł w Polityce, który miał ośmieszyć kolorowe czasopisma, ale cytując te pisma i dołączając zdjęcia, Polityka zrobiła dużą przykrość ludziom, którymi się posłużyła, a nie kolorowej prasie. Znalazł się tam zjadliwy, złoty  przepis  na "bycie sławnym", według którego m.in. trzeba ciągle się pokazywać na bankietach, po prostu bywać, a tak się składa, że ja zwykle w tym czasie gram spektakle lub koncerty, czyli jestem w pracy. Poza tym, jestem zaprzeczeniem  teorii, że ważne, by pisano o mnie cokolwiek, byleby pisano, bo wolę, żeby zamiast bzdur i nieprawdy, nie pisano nic!
Czy ktoś taki jak Ty może nad tym zapanować?
Niestety nie, choć można angażować prawnika, który na każdym kroku będzie się z tym rozprawiał, ale ja na to po prostu nie mam czasu, więc te pomniejsze bzdury pomijam z politowaniem.
Wydaje mi się, że o Tobie pisze się raczej dobrze nawet w tzw. brukowcach.
Muszę przyznać z wdzięcznością, że w miarę mnie oszczędzają... Może nie daję powodów do skandali? Zdarzyło mi się jednak czytać wywiady ze sobą, których nigdy nie udzieliłam.
Miałaś jedną z najładniejszych sesji w Playboyu, ale nie wszyscy wiedzą, że  propozycję dostałaś o wiele wcześniej, chyba za wcześnie.
To było wtedy, kiedy dopiero zaczynałam studia w Szkole Teatralnej. Zgodziłam się wówczas na wywiad i okładkę, ale na zdjęcia nie, bo uważałam, że nie byłby to najlepszy  pomysł na początek mojej kariery zawodowej. Po kilku latach spotkałam się z Playboyem na moich warunkach i podzieliłam się z czytelnikami taką granicą moich tajemnic, jaką sobie życzyłam. W ogóle uważam, że zachowywanie niedomówień, jest sensem zmysłowości, a tak zwana przysłowiowa goła baba na pewno jest mniej kusząca i interesująca niż kobieta z pewną tajemnicą, bo to ta druga zawsze będzie pobudzać wyobraźnię.
Dajesz się poznać "od kuchni"?
 Gotuję i bardzo lubię, jak przychodzą goście, a po kolacji mruczą.
Masz specjalność?
To są rozmaite koktajle. Używam specjalnego miksera, do którego wrzucam owoce np. poziomki, truskawki czy banany i dodaję jogurt lub kefir.  Bardzo polecam połączenie truskawek i jogurtu kokosowego. To jest pycha!
Czego Ci można życzyć?
Żeby nie było gorzej niż do tej pory, żeby nie opuszczała mnie pogoda ducha i żebym mogła nią zawsze emanować na wszystkich dookoła.