Z Katarzyną Groniec - aktorką i wokalistką - rozmawia Jarek Wasik

O czym myślałaś w zeszłym tygodniu?
Muszę Ci powiedzieć, że moje myśli krążą obecnie wokół nowej produkcji, w którą jestem zaangażowana. Nagrywam nową płytę i zastanawiam się, jak to zrobić, żeby była najładniejsza, najpiękniejsza i taka, o której będę mówić z westchnieniem za powiedzmy dziesięć lat. Jej motto będzie zaczerpnięte z piosenki Ewy Demarczyk: "Więc dróg poznaj sto, aby dojść do moich ust".
Reszta myśli jest prywatnych. W dzieciństwie miałam marzenie, żeby mieć taką maszynę, która czyta w czyichś myślach. Na szczęście nikt jeszcze czegoś podobnego nie wymyślił!
Lubisz poranki?
Późne! Niestety ostatnio muszę często wstawać wcześnie rano.
 Opisz taki wolny poranek.
Śpię, śpię, śpię... budzę się, z trudem skupiam wzrok na zegarku, odczytuję godzinę, śpię, leżę, leżę, leżę, leżę... wstaję. Mój tata nazywa to "gniciem porannym".
 Włączasz radio czy telewizor?
Nic. Cisza. Żadnych dźwięków!
Ze szkolnych czasów pamiętasz najbardziej...
Podstawówkę, bo później wszystko zaczęło mi się wymykać spod kontroli. To było w Gliwicach. Rok byłam w bardzo dobrym liceum i powinnam była tam zostać, ale zakochałam się i zmieniłam szkołę na tę, do której chodził mój ulubieniec.
To nie była rozsądna decyzja, ciężko było mi złapać kontakt z klasą, a później było "Metro", więc  przerwałam naukę w trzeciej klasie. Szkołę kończyłam wieczorowo w Warszawie.
Czy na Festiwalu Młodych Talentów w Poznaniu, który wygrałaś w 1988 roku miałaś dużą konkurencję?
Szczerze mówiąc niewiele pamiętam, bo byłam tak  zdenerwowana, że widziałam tylko rząd czarnych kotar i prowadzącego... to był chyba Bogusław Sobczuk.
Nie pamiętasz nawet, jak byłaś ubrana?
To akurat pamiętam, bo mam zdjęcie. Wyglądałam wtedy koszmarnie. Zacznę od głowy, na której miałam trwałą (śmiech) lekko spaloną oczywiście, góra składała się ze swetra typu "nietoperz" przewlekanego srebrną nitką (ówczeny szczyt mody, tata przywiózł mi go z Węgier), a spódnicę pożyczyłam od mamy, szerszej ode mnie ze trzy razy. Ta spódnica była na gumce, więc gdy zrolowałam ją do upragnionej mini, stworzyło mi się wokół talii coś na wzór koła ratunkowego.
Kiedy zapadła decyzja, żeby wsiąść do "Metra"? Pamiętasz ten dzień?
 Decyzję podjął za mnie kolega, bo ja wtedy nie byłam w stanie podejmować jakichkolwiek decyzji, zresztą do dziś mam z tym problem. Lubiłam śpiewać od zawsze, ale konieczność dążenia do zaistnienia, była mi obca. Piotr Chajduk mobilizował  mnie do wyjazdów, stawiał mnie na scenie - jest jedną z osób, którym zawdzięczam bardzo wiele. Przez moment byliśmy nawet parą, chodziliśmy przecież "za rękę".
Miałaś coś wspólnego z Anką, którą grałaś?
Dostałam tę  rolę z powodów zbieżności charakterów mojego i głównej bohaterki "Metra". Taka wtedy byłam faktycznie: nieśmiała, delikatna, zagubiona. Na scenie miałam oparcie w zespole i wiem, że sukces był możliwy tylko dlatego, że byliśmy młodzi i mocno wierzyliśmy w to, co robiliśmy.
Byłaś w Stanach?
Oczywiście.
Z tymi kotletami, to była bujda?
To było koszmarne. Pomysł Józka. Poszliśmy w ramach protestu z sandwiczami dla Franka Ritcha, który  schrzanił nasz cały wysiłek. To był recenzent, wtedy król recenzentów, a jego artykuły stanowiły o sukcesie lub klęsce przedstawień. Ritch napisał, że może zespół "Metra" zaprosić na hamburgery, więc kupiliśmy dziesiąt kotletów i  zostawiliśmy to wszystko dla niego na portierni, bo dalej nas oczywiście nie wpuszczono. Skrytykowano głównie muzykę, reżyserię i pewną wtórność spektaklu, ale zdajesz sobie sprawę, że trudno było pokazać na Brodwayu coś nowego, nie wtórnego, bo przecież musical króluje tam od wielu lat. Jedyne za co nas pochwalono, to młodzieńczość i euforia.
Masz policzone, ile razy zagrałaś w "Metrze"?
 Jeśli był już tysięczny spektakl, to zagrałam na pewno siedemset.
Potem prawie wszyscy zaczęliście grać w Teatrze Buffo. Czy to prawda, że bardzo trudno pracuje się z Januszem Józefowiczem?
Widziałam niedawno audycję w telewizji o mobbingu w której Józek wypowiadał się, że u Niego w teatrze coś takiego rzeczywiście istnieje. To jest zjawisko bardzo rozwinięte, ale jesteśmy tak wymyśleni, że mamy wolną wolę, więc jeśli to komuś nie odpowiada, to po prostu  może się wypisać z układu. Są dwie możliwości: albo powiedzieć: dość, albo to znosić. Rzeczywiście w sztuce nie ma demokracji, a dopóki osiąga się sukces, wszystkie rzeczy są rozgrzeszane, bo jest w imię czego walczyć, poświęcać się i znosić upokorzenia.
Nie uważasz, że lepiej "po prośbie, niż po groźbie"?
Tak uważam i tak pracowałabym z ludźmi, choć zastanawiam się, czy da się z grupą młodych kilkudziesięciu osób załatwić wszystko po prośbie... Pamiętaj. To byli młodzi ludzie, którzy przyjechali do Warszawy, otworzył się przed nimi jakiś "wielki świat", a na dodatek wszyscy byli przeświadczeni o własnej wielkości.
To normalne, że potrzebny był ktoś, kto Was  musiał "utemperować", ale czy koniecznie trzeba stosować terror, o którym się mówi?
W teatrze był przede wszystkim stres, bo po pierwsze trzeba było występować przed warszawską publicznością i nie pozwolić dać się zjeść  tremie, a po drugie wiadomo było, że po zejściu ze sceny będzie tzw. opiernicz, ponieważ zawsze zrobiło się coś nie tak, jak miało być.
Czy Józefowicz w ciągu tej dziesięcioletniej współpracy pochwalił Cię chociaż raz?
 Zdarzało się oczywiście...(śmiech). Ze trzy razy na pewno!
W późniejszych latach byłaś jedną z osób rozpoznawalnych z nazwiska, mogłaś poczuć się "Buffo" trochę jak gwiazda. Jak przebiega taka współpraca z człowiekiem, u którego się zaczynało?
Ja już nie współpracuję, choć przyznaję, że przyzwyczaiłam się do stylu pracy Janusza. Zwykle było tak, że do spięć między nami dochodziło tuż przed premierami,  ale wynikało to raczej z napięcia, ponieważ goniły terminy, a Józkowi najlepsze pomysły przychodzą w ostatniej chwili, tyle tylko, że On coś wymyślał, a my w napięciu i bez czasu na przećwiczenie, musieliśmy te pomysły realizować.
 Kiedy zostałaś mamą?
To było po powrocie ze Stanów. W Opolu na Festiwalu graliśmy po raz pierwszy "Do grającej szafy grosik wrzuć", a moja córka miała wtedy sześć tygodni. Obecnie Marianna ma dziewięć lat. Ten czas był dla mnie bardzo trudny, myślałam nawet o zmianie zawodu, ale na szczęście Józek mnie wtedy "zmobbingował" (śmiech). Poważnie mówiąc, jestem Mu za to wdzięczna do dziś.
Na Festiwal Piosenki Aktorskiej pojechałaś, żeby wygrać samochód, czy żeby się sprawdzić?
Bałam się sytuacji, że do sześćdziesiątki będę gwiazdą Teatru Buffo.
Wtedy wydawało mi się, że nikt mnie już nie pamięta i  pojechałam się sprawdzić. Było mi to potrzebne, ale jeśli ktoś myśli, że konsekwencją wygrania wrocławskiego festiwalu są liczne telefony z ciekawymi propozycjami, to się grubo myli.
To działa wręcz odwrotnie, bo zawęża się krąg  odbiorców. Są tacy,  którzy lubią piosenkę aktorską i bardzo ja cenią, ale jest wiele osób, którzy się z niej śmieją, nie bardzo wiedząc, o co chodzi.
 Rzadko ma miejsce fakt zdobycia równocześnie grand prix i nagrody dziennikarzy.
Byłam tak szczęśliwa z nagrody dziennikarzy, że kompletnie zapomniałam o samochodzie i pojechałam do domu. Za dwa dni zadzwonił do mnie ktoś z biura z prośbą, żebym odebrała nagrodę rzeczową.
Płyta "Mężczyźni" ukazała się w październiku 2000 roku, ale przecież od dawna miałaś zamiar coś nagrać.
Były wcześniej trzy podejścia, ale nie miałam szczęścia zarówno do repertuaru, jak i do producentów. W końcu się udało.
Mogę Cię poprosić o parę słów na temat Grzegorza Ciechowskiego? To On wyprodukował Twoją płytę.
Tak. W tej chwili już nawet nie pamiętam czyj to był pomysł, ale pamiętam  spotkanie, na którym Grzegorz wyraził chęć współpracy. Przygotowania do nagrań trały dwa lata, bo Grzegorz był ciągle czymś zajęty. Nie mogę powiedzieć, że się zaprzyjaźniliśmy, bo byliśmy osobami jakby z dwóch innych biegunów, ale na najważniejsze sprawy, mieliśmy jednakowe zdanie. Ciężko to określić, On był bardzo zazdrosny o swoja muzykę i teksty, tzn. nie lubił, wracać do nich i cokolwiek zmieniać, gdy uważał je za gotowe, za zamknięte. Ja o tym nie wiedziałam, więc gdy próbowałam kiedyś zasugerować zmianę przez telefon, po drugiej stronie usłyszałam tylko długą, znaczącą ciszę. Musze powiedzieć, że znam jeszcze jedną osobę, która ma taki wewnętrzny spokój, jaki miał Grzegorz. On znał na pewno definicję szczęścia i wiedział, co jest dla Niego ważne.
Bliska Ci jest postać Edith Piaff?
O! Tak. Miała dramatyczne życie, ale nie chciałabym żyć jak Ona. To niesamowite, że istota "metr pięćdziesiąt w kapeluszu",  zarówno w młodości, ale i później, gdy już była wrakiem człowieka na własne życzenie, tak znakomicie elektryzowała publiczność na całym świecie! Bardzo lubię wcielać się w tę postać na deskach Teatru Ateneum w spektaklu "Trzy razy  Piaff".
Czego nie zrobiłabyś nigdy w życiu?
Na pewno nie zrobiłabym niczego dla pieniędzy. Nie zagrałabym w niczym lub nie nagrałabym płyty tylko dla nich. Nie lubiłabym tych pieniędzy.
Co chciałabyś mieć?
 Psa, ale mam kota, którego bardzo kocham i nie chciałabym go narażać na jakieś niepotrzebne stresy.
Co koi Twoje rany?
Gorąca kąpiel. Szczególnie, gdy piętą zatykam otwór z wyciekającą wodą, a w tym czasie ciągle leci bieżąca.  To droga inwestycja - nie polecam nikomu.

www.nomobbing.de
www.no-mobbing.org

Mobbing to nie krzyk ostatniej mody, lecz coraz częściej spotykany fenomen o fatalnych skutkach dla atmosfery w zakładzie pracy, negatywny dla pracodawcy i zakładu pracy.
Jest to:
-systematyczne odcinanie jednego lub kilku pracowników od komunikacji z kręgiem kolegów
-zatrzymywanie ważnych z punktu widzenia pracy informacji
-naśmiewanie się przy kolegach
-sabotaż lub pomniejszanie wartości osoby dotkniętej mobbingiem

Ten, kogo szykany dotyczą regularnie i przez dłuższy czas zapada na psychomatyczne choroby psychiczne jak:
Brak snu, ból żołądka, ból serca, kłopoty z krążeniem, symptom strachu
W RFN mobbing dotyczy 1, 5 mln osób
(tłumaczenie: Ewa Coll)