"DOBRE GENY"
z Waldemarem Goszczem - odtwórcą głównej roli
serialu "Adam i Ewa"- rozmawia Jarek Wasik

Gdy miałeś 5 lat...
To tańczyłem krakowiaka w przedszkolnym zespole ludowym. Mogę to udokumentować, bo mam gdzieś zdjęcia w pasiakach i czapce z piórem. W podstawówce należałem do zespołu "Wiolinki" złożonego prawie z samych kobiet, więc ja i mój kuzyn wyglądaliśmy co najmniej śmiesznie. To był lokalny zespół z  Malborka, który obsługiwał prawie wszystkie akademie.
10 lat później...
Zdawałem do liceum sportowego, bo byłem już mistrzem wojewódzkim w kilkukrotnym skoku w dal, potem znalazłem się w najlepszej trójce szczebla centralnego i mimo kontuzji zająłem 14 miejsce na mistrzostwach Polski. W tamtym czasie moim życiem zawładnął sport, ale równocześnie śpiewałem w kwartecie wokalnym "Promień", z którym również odnosiłem sukcesy.
Pamiętasz, ile skakałeś?
W szkole podstawowej najdalej skoczyłem 6,72, w liceum 7,16, na studiach 7,26. Cały czas zajmowała mnie muzyka, ale będąc już studentem AWF, wygrałem konkurs "Twarz Roku", więc zająłem się modelingiem. Zajęcia z tańca  przydały mi się do przygotowania pierwszej trasy koncertowej "Lata z Radiem" z zespołem Hi Street.
Robisz wszystko, żeby się pokazywać?
Wszystko po to, żeby zaistnieć. Jeśli ktoś już od przedszkolaka załapał tego bakcyla i miał gen, żeby wychodzić i małpować przed ludźmi, to dlaczego nie? Ja na dodatek wspólnie z moim kuzynem i naszym przyjacielem Stefanem robiliśmy pokazy akrobatyczne: chodziliśmy na rękach, robiliśmy salta w przód i w tył... Nie  uważasz, że sportowcy chcąc być lepszymi od innych, finalnie chcą być oklaskiwani na stadionie, gdy wychodzą na podium? Wszystko po to, by być dostrzeżonym przez innych. Cały czas we mnie to tkwiło, bo inaczej dziś by mnie tu nie było.
Dlaczego to w Tobie tkwiło, jak myślisz?
Myślę, że jakąś role odegrało to, że byłem z małej miejscowości, chciałem być lepszy od innych, miałem warunki fizyczne, dobrą genetykę, poszedłem w sport, bo z założenia byłem lepszy od  innych. Chodziło oczywiście o ściganie się w wymiarze lokalnym, bo wiadomo było, że gdzieś są lepsze szkoły, trenerzy, o wiele większe możliwości.
Chciałeś wyjechać?
Tak. Miałem mniej wiary w siebie, ale to chyba jest cecha  każdego, kto pochodzi z małej miejscowości, więc gdy wypływa na wody dużego miasta, czuje się gorzej od innych, bo oni byli tam już od lat, szybciej pokonali kilka szczebli, mają kontakty.
Co Ci najbardziej pomogło?
 Wiara i optymizm. Pogoda życia. Kocham to, co robię i myślę, że mi się to udaje.
A nie słyszałeś w domu, że lepiej, gdybyś został prawnikiem czy lekarzem?
W naszych czasach być prawnikiem, to być najlepszym prawnikiem. To niekoniecznie dotyczy Polski, bo Polska jest krajem biednym o dużym potencjale, ale trzeba coś robić, więc nikt ze mną nie dyskutował na ten temat, gdyż moje decyzje dla wszystkich były oczywiste.
Rodzice zwykle chcą, żeby ich dzieci były bardzo dobrze rozwinięte intelektualnie, zarabiały dużo pieniędzy i były spełnione zawodowo. Ja chyba na razie to robię.
Twoi są zadowoleni?
Są ze mnie dumni. Szczególnie powtarza mi to matka. Siostra z bratem wyrośli na  porządnych ludzi, więc myślę, że rodzice mogą się pochwalić sami przed sobą. Wcześniej robili to przed znajomymi.
Nadszedł chyba czas, że ludzie sami pytają ich o Ciebie?
Miejmy nadzieję, że tak jest.
 Byłeś jednym z pierwszych nagrodzonych w konkursie "Twarz Roku"?
Wygrałem 3 edycję. W tym konkursie wygrywa równocześnie dziewczyna i chłopak, potem zwykle coś się z nimi dzieje, np. wyjeżdżają na zachód pracować jako modele. Ja wybrałem tę drogę, choć przyznaję, że długo się wahałem i pomimo, że pracowałem dla znanych nazwisk jak choćby Nicos czy Claude Montana, nie byłem do tego przekonany. Chciałem zrobić coś więcej. Nie neguję pracy modeli, bo  wykonują stresujące zajęcie, mają dużą konkurencję, ale równocześnie sporo zarabiają. Zauważyłem, że zostałem stworzony do czegoś innego, próbowałem się cały czas ulepszać, ale to bardzo dobrze, że równocześnie zarabiałem jako model, bo dzięki temu zbudowałem dom i kupiłem samochód. Zresztą nie można być modelem do siedemdziesiątki, a ponieważ chciałem się cały czas rozwijać, wspólnie z Markiem Sośnickim założyliśmy zespół Hi Street.
 Dlaczego boysband? Podążaliście za modą?
Dokładnie. Wtedy była na to koniunktura, a my byliśmy pełni wiary i optymizmu, poza tym dość dobrze tańczyliśmy i wyglądaliśmy i chyba nieźle śpiewaliśmy, może nie tak jak Boys to Men, ale nieźle, dlatego wszystkie znaki na niebie wskazywały, że będzie sukces. Trudno jest przewidzieć gust ludzi, ale obecnie trzeba raczej robić to, co po prostu nam się podoba, a jeśli to jest prawdziwe, na pewno się sprzeda.
 Czyli teraz robisz coś, co Ci się podoba?
Tak. Robię solową płytę. Jesteśmy na etapie wybierania utworów i ich aranżacji. Nad całością czuwają Piotrek Remiszewski i Skuter.
O czym będziesz śpiewał?
Jestem postrzegany jako człowiek, który gra w serialu o miłości, więc chyba nie będę mógł się od tego odbić, ale przecież piosenki o miłości są świetne, bo można przy nich pic dobre wino, kochać się i całować. Chciałbym też ludzi rozruszać i śpiewać o  radości życia, bo wokół ludzie mają dużo problemów, gdyż sytuacja w Polsce nie jest najlepsza, więc zamiast dołować, chcę śpiewać o przyjemnych rzeczach i poprzez to, oderwać ich od szarej rzeczywistości.
 Jak się żyje z tak wypromowaną twarzą?
Nie wiem. Chodzę w okularach, mam beret na głowie, dużo pracuje, nie mam czasu tego doświadczać. Praca w filmie, rosnąca popularność stwarza pewien dyskomfort, ale z drugiej strony odczuwa się  przyjazne reakcje Nie jest się już ludziom obojętnym. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie można być akceptowanym przez wszystkich.
A jak się ktoś nabija, to jest zazdrosny?
Myślę, że tak. Przecież jeśli kogoś pewne sprawy w ogóle nie interesują, jeżeli ma to po prostu gdzieś, to po co zabiera głos. Ja np. nie słucham hard rocka, więc się nie wypowiadam, bo mnie to po prostu nie interesuje. Zawsze można wyłączyć telewizor lub zmienić stację radiową. W grę mogą wchodzić też kompleksy, to zależy od podejścia do świata. Spotkałem też takich ludzi, którzy z założenia wszystko negują.
Pytam dlatego, ponieważ znalazłem w internecie stronę, na której dziewczyna nabija się z Ciebie, ale podejrzewam, że się chyba też podkochuje , bo komu by się chciało...?
Bywam w takich sytuacjach, że dziewczyny próbują do mnie podejść, mówią, że wcale nie jestem przystojny, że  jestem beznadziejny, a potem, gdy ze mną porozmawiają, mówią wprost, że jestem fajny i pytają, czy mam czas. Są różne sposoby uwodzenia kobiety i mężczyzny. Ja nie muszę się każdemu podobać. Jak już powiedziałem, zawsze można coś wyłączyć,  przekręcić, wyciszyć...
Ta strona nosi tytuł : "Bo do tanga trzeba Goszcza".
Jak się nazywa ta dziewczyna?
Nie pamiętam, ale wiem, że nabija się najbardziej z Twoich min, że stosujesz miny do pewnych sytuacji.
Tak to już jest. Osobiście nie znam ludzi, którzy nie stosują min do odpowiednich sytuacji. Bardzo dobrze, że ta dziewczyna tak się mną interesuje, bo  nawet ja sam nie wiem, co stosuję, ale to zwiększa świadomość mojej osoby i chyba  mnie ulepsza.
Na koniec napisała: "Panie Waldku, pan się nie boi".
Sądzę, że ogląda film, skoro napisała takie rzeczy. Muszę powiedzieć, że ja i Adam, to zupełnie inne osoby. Ja ogólnie jestem wesoły i pogodny, a tamten jest uwikłany w wiele rzeczy, jest smutny i przybity, a na dodatek nieszczęśliwie się zakochał. Wszyscy podkładają mu nogę, a on boi się świata. Wiem, że ma się zmienić. Czytałem scenariusz.
A Ty boisz się czegoś w życiu?
 Pewnie. Każdego dnia. Przecież mogę wyjść z domu i wpaść pod samochód, ale nie myślę o tym, tylko prę do przodu. Większość ludzi tak robi.
Co Cię zajmuje, oprócz zawodowych spraw?
Mogę powiedzieć, co mnie może przejąć. Na  pewno przyroda, ale przede wszystkim ludzie. Cenię ludzi wrażliwych, serdecznych i ciepłych. Jesteśmy tak zaganiani za pieniędzmi, za karierą, za tym, by mieć co włożyć do garnka, że zapominamy o czymś bardzo ważnym: przecież żyjemy dla siebie nawzajem, dla ludzi, po to, by innym było lepiej.