"GŁOŚNY ŚMIECH"
z FIOLKĄ NAJDENOWICZ rozmawia Jarek Wasik

Zacznijmy od Balcan Electrique. Wiesz, że to, co wtedy proponowaliście ludziom, było dla nich ważne?
Byliśmy pierwszym zespołem, który używał muzyki z komputera. Z tego powodu dostawaliśmy wp... w Jarocinie, bo nie przywoziliśmy bębnów, ale półplayback.
Zero szacunku dla tradycji?
Zero. My czuliśmy, że trzeba tak grać. Pierwsza płyta okazała się sukcesem, ale "Piosenki o miłości" - nasza druga płyta pojawiła się za wcześnie. Królował wtedy Hey. Trzeba było poczekać.
 Jeszcze poczekać? Wydawało się, że czekaliśmy długo.
Lepiej poczekać, niż wydawać coś, co nie jest do końca przemyślane. Moja teraźniejsza ekshumacja nie była przypadkowa. Udała się. (głośny śmiech)
Nadszedł dobry czas na solo?
W ogóle o tym nie myślałam. Dwa lata temu, po Fryderykach ok. czwartej nad ranem spotkałam dokładnie w tym samym miejscu, gdzie dziś rozmawiamy, spotkałam zmęczonego Leszka Biolika - basistę Republiki, który zapytał, dlaczego nie śpiewam. Wytłumaczyłam mu, że nie mam piosenek, gdyż do tej pory śpiewałam pieśni bułgarskie i to na dodatek w czystej formie. Nigdy nie uczyłam się śpiewu, więc zaczęłam brać lekcje.
Madonna też bierze lekcje.
I dużo jej to daje. Pieśni bułgarskie charakteryzują się tym, że gdy wokalistka zaczyna śpiewać, orkiestra przestaje grać. Obecnie amerykańska technika w muzyce poszła tak do przodu, że Santana dziś  nie wyszedłby z niestrojącą gitarą i nie nagrałby - jak wtedy - "Samby Pati" i świat by nie oszalał.
Grać obecnie, to dążyć do perfekcji?
Oczywiście. Na dodatek materiał muzyczny, który decydujesz się wydać, nie  może być przeźroczysty. Skończyły się czasy boysbandów i wymyślonych wyprodukowanych lasek, ludzie czekają na rzeczy autorskie, płynące z serca, duszy i umysłu. Obserwowałam wiele karier i wiem, że podstawą jest dobry repertuar.
 Dużo piszesz sama?
Byłam przerażona, gdy okazało się, że mam coś napisać, tym bardziej, że na płycie moje teksty miały znajdować się obok Janerki i Ciechowskiego. Kiedy oddawałam producentowi pierwszy maszynopis, byłam zielona ze  strachu, ale usłyszałam, że to jest bardzo dobre (głośny śmiech) Nie wiedziałam, że umiem to robić, ale przecież w życiu zawsze robi się coś po raz pierwszy.
Współpracę z Grzegorzem Ciechowskim zaplanowałaś wcześniej?
Marzyłam po cichu o tym, żeby Grzegorz coś dla mnie napisał, ale w tym czasie on produkował płytę Kasi Groniec, więc nie mógł się sklonować. Napisałam cztery wersje piosenki "Komu ja", ale ciągle coś nie grało. Późną nocą Leszek Biolik zadzwonił do Ciechowskiego zwierzyć mu się z problemu i usłyszał, że może liczyć na jego pomoc. Potem dostałam jeszcze w prezencie "Anioła", który należał do repertuaru Republiki. Włożyłam w nagranie tego utworu najwięcej pracy.
Kto to jest Grzechnik?
To moja przyjaciółka z Sony, która przy słuchaniu pieśni "Vreteno", przeżywała wiele intensywnych orgazmów. Czasami dzwoniła do mnie z prośbą, żebym zaśpiewała jej ten utwór przez telefon.
Masz w domu płyty z bułgarską muzyką?
Bardzo wiele. Moja ciotka pracuje dla Uniwersytetu w Sofii, a jej praca polega na tym, że jeździ po wsiach z magnetofonem i nagrywa te wszystkie babcie. Już powstało wielkie archiwum, w  którym chcę się zakopać, ale potrzebne mi będzie na to jakieś pół roku.
Opowiedz o swoich korzeniach, o rodzinie.
Mój ojciec jest Bułgarem. Mama poznała go na studiach, urodziła mnie w Polsce i wyjechała. To było w Boże  Narodzenie, wrąbała cały tort, więc dla mnie nie było już miejsca. (głośny śmiech) Jak się zje cały tort, to nie ma miejsca dla dziecka.
W rodzinnym domu mówiło się w dwóch językach, ale po powrocie miałam problem z pisaniem po polsku. Nadrobiłam zaległości w jedne wakacje w Tarnobrzegu przy pomocy siostry mojej mamy, która jest polonistką.
Dlaczego wróciłaś, skoro miałaś za sobą maturę i mogłaś rozpocząć dorosłe życie?
Chciałam uwolnić się od ojca, który  trzymał mnie bardzo krótko. Nienawidzę smyczy. Po powrocie potrafiłam wyjść po bułki i wrócić po trzech dniach. Ojciec zabraniał mi się malować, więc przez dwa lata chodziłam tak wymalowana, że Violetta Villas może mi wiązać sznurówki.  (głośny śmiech) Katastrofa! Musiałam odreagować.
Miałaś z czego żyć?
Pracowałam. Nie mogłam studiować, bo mamy nie było na to stać, zresztą zaraz pojawiła się radiowa Trójka...
Właśnie chciałem zapytać o Niedźwiedzkiego.
To on wymyślił moją ksywkę, poza tym opowiada najlepsze dowcipy w całej Warszawie. Oboje uwielbiamy zabawy słowem. Stworzyliśmy wspólnie jadłospis o nazwie "szef kuchni podnieca". Współpraca trwała dwa i pół roku. Wyrzucił mnie z radia Grzegorz Miecugow, bo zaczęłam za dużo koncertować.
Miałaś krótką przygodę z zespołem Army of Lovers.
To był wypadek przy pracy. Byłam odwiedzić swoją mamę w Sztokholmie i przy okazji zostałam zaproszona, żeby wdepnąć do studia i nagrać piosenkę po bułgarsku. Wpadłam, nagrałam, zapłacili, ukazało się na płycie - to wszystko.
Zespół był wtedy kompletnie nieznany, bo światowa karierę zrobił dopiero ich następny krążek, dlatego nie odczuwam takiej podniety, jak media. (głośny śmiech)
Możesz wymienić zakłady pracy, przez które się przewinęłaś?
Trybuna Ludu. Tam byłam personalną. Moja praca polegała na piciu kawy i jaraniu fajek, ponieważ pracowaliśmy we trójkę, a  roboty było na godzinę dziennie. Afera. W tym czasie przeczytałam mnóstwo książek oraz napisałam rymowaną seks-komedię o Czerwonym Kapturku i parę poematów. Z Trybuny przeniosłam się do butiku obok. Czasy były fatalne, a tam specjalnie szyte odjazdowe ubrania. Kiedy zjawiali się ludzie z ambasad, potrafiłam im wtedy sprzedać pół sklepu. To trwało siedem miesięcy. Potem miałam krótki epizod z Orbisem, w którym pracowałam jako dezinformacja turystyczna, po czym przeniosłam  się do budy z kasetami i zarabiałam dziennie pół pensji mojej matki
Handlowałaś piratami?
Oczywiście. Wtedy na rynku były tylko piraty.
Stąd pomysł pracy w firmie fonograficznej?
W życiu! Potem była Trójka i śpiewanie. Cztery lata żyłam z grania. Do firmy fonograficznej trafiłam wiele lat później, tam zajmowałam się promocją zachodnich artystów.
Radiowi prezenterzy kochali cię za faksy, jakie im wysyłałaś, a szczególnie za rysunki.
Jestem jedynym promotorem radiowym, który własną piersią walczył o artystę, Pewnego dnia złożyłam dziennikarzom następującą  propozycję :jeśli utwór Ricky Martina pt.: "Livi'n la Vida Loca" będzie u nich w stacji piosenką  dnia, dostaną w prezencie moje zdjęcie z Grand Canarii topless. Jak powiedziałam, tak uczyniłam. Jak powszechnie wiadomo ten utwór stał się wielkim przebojem. (głośny śmiech)
Opowiedz o rysowaniu.
Robię to od dziecka i  wiązałam z tym plany na przyszłość, ale mój ojciec zabraniał mi wszystkiego, co sprawiało mi przyjemność, więc zamiast być plastykiem, miałam zostać mistrzynią narciarską, choć nienawidzę zimy śniegu i zimna. Za każdym razem złośliwie zostawiałam w domu kijki lub wiązania i informowałam o tym, gdy dojeżdżaliśmy do celu. W ogóle straszne jest, gdy rodzice usiłują dzieciom wtłoczyć do głowy swoje własne marzenia. Talentów się nie dziedziczy.
 Jak spotkania z publicznością?
Jest genialnie, Bardzo ciepłe przyjęcie. Gramy też w klubach, ale zespół brzmi inaczej, niż na płycie - ostrzej. Na koncercie trzeba dowalić, a to się udaje, bo mam w zespole samych snajperów. W ogóle mam szczęście do muzyków. Gdybyś kiedyś wpadł na koncert, byłoby genialnie. (głośny śmiech)
Masz czas na rozrywkę np. kino lub teatr?
Nie znoszę teatru. Stanowczo wolę sztukę przeczytać w domu, natomiast kino uwielbiam.  Ostatnio byłam na "Bridget Jones". (głośny śmiech)
Jesteś kobietą wyzwoloną?
Nie wiem co to oznacza.