"Moja dusza ma nadwagę"
z Ewą Bem - rozmawia Jarek Wasik

Ciężko Panią zastać.
Niezmiernie ciężko. Nawet w samochodzie ostatnio ciężko mnie zastać, bo tylko podjeżdżam, wsiadam, wysiadam i cały czas tak żyję.
Jak można sprostać obowiązkom wobec małej córeczki, gdy się jest tak zajętym?
Myślę, że to Gabrysia jest jednym z powodów mojej zajętości, bo staram się być z nią,  interesować się jej sprawami. Ona weszła teraz w wiek szkolny, chodzi do zerówki, ma swoje zajęcia, gra na fortepianie, jeździ na plastykę, chodzi na basen, chcąc to wszystko pogodzić, trzeba się nieźle nagimnastykować.
 Pamięta Pani człowieka, który podał Pani "pierwszą pomocną dłoń"?
Bez wątpienia pamiętam takiego faceta. To był Aleksander Bem - mój brat, który wprowadził mnie w świat muzyki, jako najstarszy z rodzeństwa, pilnował,  żebyśmy muzykowali. Pewnego dnia zaprowadził mnie do klubu studenckiego "Stodoła" na przesłuchania do bluesowej kapeli. Zaśpiewałam na siedząco przy biurku i to, jak się okazało, wystarczyło. Dostałam angaż. Gdybym miała  wspomnieć jeszcze kogoś z późniejszych czasów, kto podał mi pomocną dłoń, byłby to Wojtek Karolak (to było po rozstaniu z Bemibek) .
A propos Bemibek. Byliście bardzo popularni...
Z perspektywy czasu okazuje się, że byliśmy  bardzo popularni. Dla nas to nie miało gigantycznego znaczenia, cieszyliśmy się z tego, że możemy żyć z grania i śpiewania, że to się podoba i wciąga ludzi na równi z nami.
Po prostu graliście z radochą!
Absolutnie tak i na  dodatek nie interesowaliśmy się swoja karierą w sensie menadżerskim, zawsze znalazł się ktoś, kto nas zaprosił na koncerty i być może dlatego tak długo zachowaliśmy młodzieńczą werwę. Zawsze powtarzałam, że Bemibek powstał z miłości i  radości.
A jak powstało: "Podaruj mi trochę słońca"?
Byliśmy chyba w Związku Radzieckim. Program się nazywał "Piosenka jest dobra na wszystko", występowaliśmy w zestawie operetkowo-operowym przez dwa  miesiące. Zajmowało nas tam poznawanie ludzi, a nie zarabianie pieniędzy i zamienianie ich na samowary czy obrączki, które niektórzy zresztą  połykali. Nam to było odległe, więc nie zrobiliśmy tych gigantycznych interesów, ale za to  graliśmy i pisaliśmy piosenki.
Zwiedziła Pani świat?
Nie byłam właściwie tylko w Brazylii. Południowa Ameryka nie jest mi znana, ale byłam na Tasmanii, i za kołem podbiegunowym, też w Afryce, Australii i na Kubie. Europę zwiedziłam chyba całą włącznie ze Skandynawią.
Graliście tam jazz?
Różnie, ale przeważnie tak. Publiczność za granicą przychodzi się dobrze bawić, ci ludzie dają do zrozumienia, że wszystko im się podoba. Zawsze mnie to zdumiewało!
Mnie zawsze zadziwiają Niemcy, którzy się świetnie bawią, śpiewają z artystami...
Są aż za grzeczni, prawda? Szwedzi jak idą na koncert, to tak się dobrze bawią, że koniec świata. To dla artystów oczywiście jest  bardzo dobre. U nas jest już lepiej, ale kiedyś zdarzało się "przeciąganie liny" między artystą a publicznością, żeby się w ogóle coś chciało spodobać - to też jest daleko posunięta przesada.
 W Opolu trzeba było "przeciągać linę"?
Choć dostałam w Opolu parę nagród, nie miałam w zwyczaju przygotowywać czegoś w rodzaju "festiwalówy", czyli piosenki, którą przyjechało się wygrać, byli lepsi fachowcy ode  mnie, niemniej bardzo Opole lubiłam i mam nadzieję, że lubię je dalej. Byłam zresztą orędowniczką festiwalu i nie pozwalałam na niego psioczyć. Dziennikarze czekają tylko, kiedy Opole się odbędzie, a potem "ujeżdzają" je bez ograniczeń, zapominając, że to jest dokładna ekspozycja stanu polskiej piosenki na dziś.
Jak się czuje najbardziej znana odchudzona osoba w Polsce?
Z jednej strony czuje się bardzo dobrze, z drugiej strony zobowiązana. To  nawet już nie jest temat, tylko niemalże problem w moim życiu, bo trzeba wiecznie uważać, by coś się nie wydarzyło. Ciągle słyszałam o "jojo", zaczęłam więc być na to piekielnie wyczulona, co bez wątpienia odpiera mi sporo radości życiowej.
A czy to prawda, że jadła Pani głównie jogurt i sałatę?
Proszę pana! Mówi pan o bardzo okazałym daniu obiadowym. To były drakońskie cięcia dietetyczne, nie wszystkie są warte rekomendacji, bo nie wszystkie były zgodne z zaleceniami fachowców.
Ale wszyscy przecież wcześniej Panią kochali...
 (śmiech) No, kochali mnie wszyscy, jednakowoż ci, co mnie może nie kochali i nie znali wcześniej, zaczęli mnie teraz, proszę Pana, protekcyjnie klepać po ramieniu, co mnie zresztą do szału doprowadza, bo widzę gołym okiem, że świat ogląda  człowieka przez jego ciało.
Smutne...
Piekielnie. Gdzie mogę, to powtarzam, że moja dusza ma nadwagę i będzie ją miała! Trudno.
Ja nie dążę do parametrów Jane Fondy czy lalki Barbie, w dużym stopniu zrobiłam to ze względu  na Gabrysię, żeby jak najdłużej trzymać dla niej dobrą kondycję, natomiast trochę też dlatego, żeby niektórzy odpieprzyli się ode mnie.
Spotyka się Pani z politykami? Interesuje Panią polityka?
Nie. Nie interesuje się polityka i stronię od polityków, bo im niedowierzam, po prostu boję się, że to jest gra, na którą nie mam żadnego wpływu, równocześnie przynosząca wiele złych rzeczy na świecie. Zawsze mnie zadziwia, że wszyscy chcą jak najlepiej, a potem nic  dobrego się nie dzieje.
Czy program "Droga do gwiazd" może pomóc młodym ludziom?
Przesłanie jest niby proste, żeby się pokazać, wygrać, dostać się na Akademię Muzyczną bez egzaminów i podpisać kontrakt płytowy z Sony, ale z dystansu dostrzegam większe przesłanie, mianowicie, że społeczeństwo zaczęło się nareszcie odszarzać, uważając, że branie udziału w takim programie jest fajna przygodą. Przez eliminacje przewija się rzesza naprawdę dobrych wokalistów.
Wydaje mi się, że jest Pani trochę za dobrą "ciocią" dla wszystkich. Proszę się z tego wytłumaczyć.
Ja dostaję czasami taki odzew, przeważnie zresztą od swojej mamy, która jest ostrą i wnikliwą recenzentką w swoich poglądach (nie oszczędza mnie nigdy), czasem mówi tak również mój mąż, natomiast ja uważam, że postępuję ok., bo jak mam coś złego do powiedzenia, to ja naprawdę to mówię, pozostaje kwestia tego, w jakie ja to ubieram słowa. W życiu wysławiam zasadę, że motywacja pozytywna jest zawsze daleko, daleko lepsza niż krytyka.
Fascynacja Beatlesami pojawiła się u Pani jak u wszystkich?
Oczywiście. Przyznaję, że realizowaliśmy program do telewizji, to było za  moich wrocławskich czasów i uznaliśmy, gdy nazbierało się sporo piosenek, że wystarczy zrobić zdjęcie, dać tytuł i wydać płytę. Tytuł mógł się wydawać pretensjonalny; "Ewa Bem love the Beatles", ale ja naprawdę ich kocham.
 A Starszych Panów też?
Uwielbiam. Starsi Panowie są pomnikami gigantycznej elegancji, kultury, fachowości, poczucia humoru, tych przymiotników jest naprawdę wiele. To są święci ludzie w naszej kulturze i ja tak właśnie ich traktuję.
Co znaczy przyjaźń?
Mało mi mówi to słowo, gdyż nie mam przyjaciela ani przyjaciółki od wielu lat, pewnie dlatego, że przyjaźń trzeba celebrować, mieć czas na spotkania... Wydaje mi się, że zaczyna być moją przyjaciółką moja starsza córka.
Czyli zjazdy absolwentów nie wchodzą w grę?
Nie biorę udziału w takich imprezach, choć niedawno miałam przyjemność spotkać się z moimi szkolnymi kolegami na planie programu "Ananasy z naszej klasy", gdzie doznałam fajnego uczucia, że to, co było między nami, ta tzw. "sztama", była dokładnie jak za dawnych lat. I jeszcze jedno bardzo mi się podobało, że dziewczyny z mojej klasy w ogóle się nie zmieniły.