"WŁAŚCICIELKA PRZECHOWALNI"  -
z Elżbietą Adamiak rozmawia Jarek Wasik

Jesteś specjalistką od jesiennej zadumy?
Od jesieni być może, ale tylko tej pięknej i złotej, natomiast ta zimna i deszczowa mnie kompletnie nie interesuje.
Masz już swoje miejsce na ziemi?
Bo ja wiem, czy w ogóle trzeba szukać miejsca na ziemi... My tu jesteśmy przejściowo. Coraz częściej jednak myślę, że chyba mam miejsce potem, po życiu.
 To jest coś osobistego? Wypada o to pytać?
To są normalne myśli. Jestem w połowie drogi i zastanawiam się, co będzie potem. Nie ukrywam, że wymyśliłam sobie takie ładne rzeczy, że chyba nie będę żałować.
 Dlaczego wybrałaś Łódź, by się tam osiedlić?
To był przypadek. Studiowałam w Krakowie, w pewnym momencie postanowiłam przerwać studia, dochodząc do wniosku, że dobrego socjologa ze mnie nie będzie.
Wróciłam do mojego rodzinnego miasta, gdzie byli rodzice, mieszkanie... Tak już zostało.
Jaki był Wasz dom rodzinny?
Bardzo wesoły. Rodzice byli temperamentni i mieli zupełnie przeciwne charaktery, mimo tego dzieciństwo wspominam bardzo ciepło. W domu było dużo muzyki, "wychowywałam" się na zespole Mazowsze, za co jestem rodzicom wdzięczna, gdyż miałam możliwość "nasiąknąć" polskim folklorem, który pobrzmiewa czasami w moich  kompozycjach. Mam młodszego brata, nad którym w dzieciństwie sprawowałam opiekę. Jesteśmy zupełnie różni, tak jak nasi rodzice.
Wspominasz czasy szkoły?
Bardzo często. Niedawno zorganizowałam 25-lecie naszej matury. To było niesamowite zobaczyć koleżanki i kolegów z liceum - jak gdyby nie zmienionych.
Starszych, ale nie zmienionych. Jestem z nimi najbardziej związana, bo wcześniejszą szkołę (liceum muzyczne) musiałam zmienić ze względu na kontuzję nadgarstka.
Na czym wtedy grałaś?
Na gitarze klasycznej.
Co się stało z tą ręką?
Są różne wersje: albo mam słabe ścięgna w lewym nadgarstku od urodzenia, albo po prostu zostałam przetrenowana przez mojego  profesora.
Jaki był Twój najważniejszy występ?
To były na pewno eliminacje do Festiwalu Piosenkarzy Studenckich w Krakowie w 1975 r. w Łodzi. Wygrałam te eliminacje, ale najważniejsze było dla mnie, że pierwszy raz mogli mnie  oglądać publicznie moi rodzice i babcia.
W Krakowie odniosłaś sukces?
Zostałam tam dostrzeżona, ale nigdy nie zdobyłam głównej nagrody. Festiwal zakończył się dla mnie  sukcesem, bo poznałam moich idoli: Janka Wołka i Wojtka Bellona.
Rozwiń hasło: Poniedzielski plus skrzyżowanie.
Jedno skrzyżowanie?
Jedno, jedno - to słynne.
Jest takie jedno skrzyżowanie w Łodzi, o którym On opowiada, faktycznie bardzo skomplikowane. Jak robiłam  prawo jazdy, nienawidziłam tego miejsca.
Ale ja pytam o skrzyżowanie w Świnoujściu.
Aaa! To było przejście dla pieszych na pewnym skrzyżowaniu. Tak się stało, że tam się poznaliśmy i chyba byliśmy sobie pisani, bo nic nie wskazuje na to, żeby miało być inaczej. Wcześniej tego dnia słuchałam jego próby w amfiteatrze i po raz pierwszy mnie zachwycił, choć wcześniej w Krakowie wyszłam podczas jego koncertu. Wracałam do hotelu, obejrzałam się i zobaczyłam jego oczy. Potem to już było normalnie, jak w filmowym romansie. (śmiech) Wszystko według starych, dobrych zasad.
Masz chyba wesołe życie z takim błyskotliwym i dowcipnym człowiekiem.
Tutaj bym się nie zgodziła. Tak zwykle bywa i  to się potwierdza w rozmowach  z żonami innych satyryków (nazwijmy ich tak ogólnie), że oni są bardzo smutni na co dzień, bo tak się wypalają na scenie, że trudno im potem iskrzyć w życiu rodzinnym.
Są jednak takie chwile, gdy  Andrzej jest rewelacyjny, co pomaga nam przebrnąć rodzinnie przez różne meandry życiowe.
Macie już duże dzieci, prawda?
One są już nawet dorosłe. W lipcu skończą 21 lat. Michał jest obecnie na drugim roku malarstwa i grafiki łódzkiej ASP, a Kasia studiuje edukację artystyczną na wydziale pedagogiki. Być może przekazaliśmy im w genach zdolności artystyczne, ale nie jeśli chodzi o rysunek, bo ani ja, ani mąż nie malujemy. Pytałam nawet teściowej, ale odrzekła z uśmiechem, że zawsze jak coś namalowała, to musiała powiedzieć, co to jest, bo nikt nie wiedział.
Dzieci zwiały z Łodzi?
Nie, choć namawiam ich na Kraków. Ja studiowałam w Krakowie i wcale nie chodziło o ucieczkę, tylko o atmosferę jaka tam panuje. Być może w tej chwili jest inaczej, przecież czasy się zmieniły.
Byłaś w Wenecji?
Tak. Dwa razy.
To było przed Twoją piosenką?
Po piosence. Właściwie po raz pierwszy pojechałam tam zupełnie niedawno, jakieś cztery lata temu, na karnawał. Chodząc po tych malutkich uliczkach, jak po korytarzach, miałam wrażenie, że jestem w jakimś dużym mieszkaniu, w którym czas cofnął się o trzy wieki.
 Było coś niesamowitego w Twojej karierze?
Nigdy nie zapomnę wycieczki do Australii, którą zawdzięczam moim piosenkom. Znalazł się jakiś sponsor, Australijczyk, który kompletnie nie rozumiejąc moich tekstów, postanowił mnie tam ściągnąć.
Pokochał klimat Twojego śpiewania?
Tak. To jest jeden z moich zawodowych sukcesów.
Kiedy ukaże się jakaś płyta z Twoimi piosenkami?
 W marcu. To będzie podsumowanie serii radiowej "Niepokonani" i wybór moich piosenek z sześciu longplay'ów.
Czyli esencja z czarnych płyt?
Tak. To nie będzie "Złota Kolekcja", bo ja przebojów nie miałam, ale zapewniam, że powybierałam ładne piosenki.
Zrobiłaś coś wbrew sobie?
Kiedyś tak. Cały czas uczę się delikatnego mówienia "nie". Dawniej,  jak już zdecydowałam się wymówić to słowo, to wszyscy się na mnie obrażali, bo robiłam to takim tonem i z takim zaangażowaniem, że być może podświadomie obrażałam niektórych. Jeśli chodzi o zawodowe sprawy, to nie przypominam sobie czegoś, czego mogłabym się do dziś wstydzić, nie nagrałam też żadnej piosenki, za którą w tej chwili "nie mogłabym oddać głowy".
Co to jest PRZECHOWALNIA?
To jest łódzka piwnica artystyczna, w której przechowujemy sztuki  niemodne jak jazz, poezję, balladę i kabaret w starym stylu. Co my tu jeszcze przechowujemy? Mamy bardzo wiele starych walizek, lampek, też obrusów i ręcznie tkanych serwetek, które znoszą do nas ludzie. Faktycznie jest to przechowalnia: i  rzeczy, i ducha, i sztuki.
Podasz adres?
3-go Sierpnia 5. Jesteśmy tam od środy do soboty po 17-tej. Wymyśliłam to miejsce, bo zawsze marzył mi się w naszym mieście klub, który choćby trochę przypominał klimatem Piwnicę pod Baranami.
Na co zwracasz uwagę poznając mężczyzn?
Na głos, uśmiech, inteligencję i dowcip.
W tej kolejności?
 Jak ma ładny głos, ale potem okazuje się nie inteligentny, to przepada! Te cztery elementy są współbieżne.
A gdybym zapytał o jedzenie: co lubisz, co robisz i co polecasz?
Lubię niestety rzeczy niezdrowe, te wszystkie ciasta,  ciasteczka, torty, torciki. Uwielbiam desery i słodkie dania typu naleśniki z serem. Oczywiście od czasu do czasu chętnie zjadam posiłki mięsiste, gdzie się leje sos tłusty i niezdrowy, koniecznie brązowy, czyli na zasmażce kompletnie niezdrowej. Gotuję rzadko, w związku z tym mam bardzo mało interesujące menu, ale na pewno wychodzi mi zalewajka, a z drugich dań schab w jarzynach. Jeśli miałabym coś polecić, to muszę zwrócić się do czytelników: Kochani! Jedzcie tylko warzywa i owoce, ale surowe, nawet nie gotowane, pijcie soki, najlepiej na czczo marchewkę z jabłkiem (jak mawia moja koleżanka "własnoręcznie wybzikaną w sokowirówce", nie mieszajcie węglowodanów z tłuszczami i białkiem. Poza tym jedzcie wszystko, co lubicie.
Masz jakiś najcenniejszy przedmiot?
Mam ich bardzo wiele, bo jestem z tych, którzy wszystko zbierają. Dostałam kiedyś od mojego męża taki piękny kwiat w trakcie budowy naszego domu, zrobiony z  papy czarnej i pręta zbrojeniowego. Mam wiele rzeczy i wszystkie są dla mnie najważniejsze na świecie, dlatego żadnej nie mogę wyróżnić.
Wierzysz w duchy i siły nadprzyrodzone?
Tak. Czuję w sobie sygnały nadawane stamtąd i  ilekroć zwracam na nie uwagę, to dzieje mi się w życiu dobrze. Moi rodzice są już po tamtej stronie, jestem więc na te sprawy wyczulona, tym bardziej, że mama zdążyła się ze mną umówić,  że jak będzie mnie chciała przed czymś ostrzec, to będzie mi się pojawiała jako sroczka i w złych momentach zdarzyło mi się to już parę razy.
Podasz przepis na dobre samopoczucie?
1. Nie chodzić do pracy na określona godzinę.
2. Pracować tylko w takich zawodach, które się naprawdę lubi.
3. Odpoczywać umiarkowanie, czyli sześć godzin snu i ani grama więcej.
4. Umieć tłumaczyć sobie zdarzenia tzw. Losem, bo przecież to, co się zdarzyło, to się zdarzyło. I już!